NEWS
Zgodność

To niby proste: “Nie czyń drugiemu, co Tobie niemiłe”

Z okazji trwającego właśnie Tygodnia Etyki Szymon Mazur – Compliance Officer DaVita Polska –  porozmawiał z doktorem Jarosławem Małkiewiczem, kierownikiem stacji dializ w Garwolinie i Hrubieszowie oraz Lekarzem Roku DaVita 2025. Skąd się wzięła w życiu doktora medycyna, co dla niego znaczy być przyzwoitym lekarzem, jakie pułapki zastawia na medyków współczesność? Koniecznie przeczytaj tę arcyciekawą rozmowę.

Jarosław Małkiewicz

Dzień dobry, Panie doktorze! Na wstępie: gratuluję!

Dzień dobry. Dziękuję serdecznie!

Panie doktorze, co dla pana znaczy zostać Lekarzem Roku DaVita 2025? To wyróżnienie przyznawane przez kolegów i koleżanki po fachu. Czy jest to coś specjalnego? 

To było ogromne zaskoczenie, coś jak szok. Wyróżnienie też, ale na pewno niedowierzanie. Tak szczerze mówiąc, to nigdy nie byłem entuzjastycznie nastawiony do takich konkursów. Znam tyle świetnych osób w naszym fachu, że wybieranie jednej wydaje się jakby niesprawiedliwe. Niemniej po pierwszym otrząśnięciu się, niedowierzanie zmieniło się w pozytywny szok <śmiech>. Szczególnie teraz cieszy, że wyróżnienie zostało przyznane przez kolegów. Aż nie wiem co powiedzieć, bo tak naprawdę wydaje mi się, że nie robię nic nadzwyczajnego.

Wspomniał Pan, gdy umawialiśmy się na rozmowę, że pełni dyżury w czterech stacjach. No to jednak jest trochę nadzwyczajne. Z tego co wiem, lekarze dyżurują w różnych stacjach, ale o czterech chyba jeszcze nie słyszałem.

Ja ostatnio liczyłem wszystkie ośrodki, w których dotychczas pracowałem. Naliczyłem 13. Najdalsze miejsce, do którego dotarłem z rodzinnego Lublina, było chyba na Opolszczyźnie. Tak, no mam tak rzeczywiście, że jak ktoś zadzwoni i poprosi, to jadę. Nie wiem, może to jest wada naszego pokolenia.

Że nie odmawiacie? 

Że nie odmawiamy, tak. Czasami jest to oczywiście męczące, ale jak zostawić kogoś w potrzebie? Wiem, że nie tylko ja tak mam. Takich osób jest sporo. Znam kolegów, którzy są skromni, jak to się mówi „nie są medialni”, ale są super oddani pacjentom, gdzieś tam cicho siedzą i wykonują świetną pracę i oni też zasługują każdego dnia na taki tytuł: „Lekarza Roku”.

W zupełności się zgadzam. Panie doktorze, a proszę powiedzieć, wracając do pana początków, jak to się stało, że akurat zainteresował się pan nefrologią? Dlaczego ta dziedzina, która nie jest jakoś superpopularna, jak np. kardiologia?

Dokładnie. No ja mam to szczęście, że udało mi się w życiu trafnie wybrać zawód. Nie miałem tradycji lekarskich w rodzinie, ale już jako dzieciak, taki ledwo czytający, zainteresowałem się chorobami. Znalazłem w domu rodzinnym podręcznik pielęgniarski o ospie, odrze, chorobach wieku dziecięcego i strasznie mnie to wciągnęło. W liceum bardzo lubiłem biologię i chemię, i po nim medycyna była naturalnym wyborem. Na medycynie mój pierwszy wybór padł na internę, bo dawała szeroki, całościowy obraz pacjenta, a mnie takie podejście jest bliskie. Po studiach odbyłem staż, obroniłem doktorat i wtedy stanąłem tak trochę na rozdrożu. Co dalej? Przez chwilę rozważałem nawet wyjazd za pracą do Niemiec. I wtedy doszły do mnie informacje, że w Lublinie otworzyła się stacja dializ. Miałem wstępne pojęcie o dializoterapii (po internie oczywiście), ale wydało mi się to szalenie interesujące, specjalistyczne, a jednocześnie wymagające szerokiej wiedzy, więc postanowiłem spróbować nefrologii. I już tako zostało. I tak chyba zostanie <śmiech>.

Panie doktorze ponieważ rozmawiamy w trakcie obchodzonego na całym świecie Tygodnia Etyki, muszę zadać panu to pytanie: Czym jest dla pana etyka lekarska w codziennej pracy?

To fundament naszego postępowania. Uważam, że to się rozciąga dalej. Moim zdaniem, by być dobrym lekarzem, trzeba być dobrym człowiekiem. I odwrotnie. Jedno bez drugiego nie funkcjonuje. Jeśli ma się zaplecze wyniesione z edukacji i wychowania, to etyka lekarska jest jak oddychanie. O tym się nie myśli na co dzień, to przychodzi samo, intuicyjne. Wtedy nie trzeba nosić ze sobą na co dzień książeczki pt.: „Kodeks Etyki Lekarskiej” <śmiech>.

Pan się o to już zaczepił w swojej odpowiedzi, o wartości wyniesione z domu. A ponieważ jest też tak, że to środowisko kształtuje człowieka, to właśnie chciałbym ten wątek pogłębić. Jakie wartości wyniósł Pan z domu czy ze studiów, które pozwalają Panu być dobrym człowiekiem i lekarzem?

Wydaje mi się, że są to takie podstawy, że nawet jakoś trudno o nich mówić. Tak w krótkich słowach to: uczciwość, szacunek dla ludzi (szczególnie starszych), kultura osobista. Ja też dużo zawdzięczam mojej babci, takiej bardzo „życiowej”, doświadczonej osobie, uciekinierce z Wołynia, która poświęcała mi bardzo dużo czasu w dzieciństwie. Ona zawsze powtarzała jedno proste przysłowie: „Nie czyń drugiemu, co Tobie niemiłe”. I to mi się wydaje taką najprostszą zasadą etyczną, którą możemy zastosować do każdego dylematu moralnego.

Ja to powiedzenie często stosuję w odniesieniu do relacji z pacjentem. Jak ja bym był na jego miejscu, to co chciałbym usłyszeć od pielęgniarki czy lekarza? Jak chciałbym, żeby się mną w danym momencie zaopiekowano?

Kolejna zasada, jaką stosuję, to zanim coś powiem albo zrobię, odpowiadam sobie na 3 pytania: Czy to jest koniecznie? Czy to jest nieszkodliwe? Czy to jest dobre?. Jak wszystkie odpowiedzi są na tak, działam. Jeśli przynajmniej jedna jest na nie – zastanawiam się dalej. I to sprawdza się nie tylko w odniesieniu do pacjentów, ale jak na przykład zostaje się kierownikiem stacji, to ta zasada pomaga też w relacjach z kolegami z pracy.

Panie doktorze, a proszę powiedzieć, czy miał Pan w swoim dotychczasowym życiu zawodowym takie trudne – z etycznego punktu widzenia – decyzje do podjęcia?

Jak pewnie wielu z lekarzy mam podejście „leczyć do końca”. Tylko właśnie – czasami jest dylemat, kiedy to następuje?

Przez ładnych parę pracowałem w pogotowiu ratunkowym. Tam trzeba szybko podejmować decyzje: reanimować czy nie reanimować? I to są właśnie te najtrudniejsze momenty. Bo choć medycyna może być już bezsilna, to myśli się o bliskich pacjenta, o tym, czy on sam by chciał nawet w bardzo kiepskim stanie, ale jednak jeszcze chwilę pożyć?

Czasami taką decyzję mamy też do podjęcia w nefrologii, czy w ogóle rozpoczynać dializoterapię?

Może takie decyzje, z racji doświadczenia, są np. łatwiejsze dla lekarzy-anestezjologów. Ale to już trzeba by z nimi porozmawiać.

Nasze obecne prawo w takich sytuacjach „leczyć czy nie leczyć” zostawia lekarza trochę samemu sobie. A może wspólne zebranie się lekarzy różnych specjalizacji (jeśli przypadek jest złożony), rodziny, kapelana (jeśli ktoś się wierzący) pozwoliłoby podejmować decyzję najlepszą z punktu widzenia pacjenta a samego lekarza nie zostawiałoby z jednostkowym ciężarem takiej decyzji?

Czy istnieje jakaś zasada etyczna, której by Pan nigdy nie złamał, niezależnie od okoliczności?

To chyba taka oczywista oczywistość. Nigdy nie zrobiłbym świadomie czegoś, co zaszkodzi pacjentowi. Nie wyobrażam sobie też uzależnić decyzję o podjęciu się leczenia, w oparciu o gratyfikację ze strony pacjenta. Przyjęcie łapówki nie mieści mi się w głowie. Generalnie: staram się przestrzegać zasad zawartych w KEL. Mam nadzieję, że mi się udaje.

Panie doktorze, teraz będzie pytanie z stricte z „działki compliance”. Czy uważa pan, że lekarze w Polsce generalnie są wystarczająco świadomi ryzyk związanych z relacjami z firmami farmaceutycznymi albo producentami sprzętu medycznego? Czy to w ogóle jest dla Pana albo dla środowiska lekarzy temat? Czy taki problem w ogóle w Polsce istnieje? Bo np. wiemy, że w Stanach Zjednoczonych jest to realne wyzwanie.

Szczerze powiem, trudno mi się odnieść. Skoro jest to problem w USA, to może w Polsce też w jakimś stopniu. Nie mam jednak na ten temat wiedzy, nigdy się tym nie interesowałem. Ze swojej strony mogę powiedzieć, że jakoś instynktownie chyba nie wchodziłem w tego typu współprace.

Tak z complinace’owej ciekawości zapytam, czy „firmy chodzą” po lekarzach i proponują dodatkowe wynagrodzenie?

Z czymś takim osobiście się nie spotkałem. Ale też trzeba rozgraniczyć dwie kwestie. Tę powyższą od badań klinicznych, przy których wielu kolegów pracuje zawodowo. Tego typu działania, które są zgodne z prawem i służą medycynie, są oczywiście ważne. Sam ich raz czy dwa spróbowałem, ale ostatecznie doszedłem do wniosku, że nie są dla mnie. Wolę leczyć pacjenta klasycznie.

A co jeśli pacjent tego leczenia odmawia? Proszę powiedzieć, jak Pan postępuje, gdy pacjent nie stosuje się do zaleceń lekarza albo wręcz przerywa leczenie? 

To jest bardzo trudna sytuacja i, niestety, chyba coraz częstsza. Staram się zachować spokój, tłumaczyć, ale jeśli to nie przynosi skutku, to w końcu respektuję wolę pacjenta. Ostatecznie pacjent ma prawo do samostanowienia, nawet jeśli jego decyzja jest medycznie nierozsądna. Mamy prymat woli, prymat prawa pacjenta. Nawet jeśli sumienie lekarskie mówi mi coś innego, szanuję decyzję pacjenta. Jeśli to potrzebne, proszę go o podpisanie stosownych dokumentów. Natomiast zawsze wtedy też mówię, że jeśli tylko pacjent zmieni zdanie, może wrócić i będziemy działać. Nigdy nie obrażam się na pacjenta, nie zamykam mu drogi. I czasami ten pacjenta wraca.

A jak w takiej powyżej sytuacji, ale nie tylko, utrzymać równowagę między profesjonalnym dystansem a emocjami? Na przykład między dystansem a empatią?

Mnie się wydaje, że jedno nie wyklucza drugiego. Należy, warto i trzeba być empatycznym, na ile się da.

Panie doktorze, powiem dosadnie. Często my – pacjenci –  mamy takie wrażenie, że lekarze są oschli…

Tak, tak, tak, właśnie. To może wynikać z wielu czynników. Jest wielu oddanych, empatycznych lekarzy, ale też czasami obserwuję takie zachowania u kolegów, które mnie denerwują. I zapewne mają w sobie empatię, ale może nie potrafią jej okazać? Zasadniczo: wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. Mamy różne geny, temperamenty, różne doświadczenia wynieśliśmy z domu i itd., więc trudno, żeby każdy był tym przysłowiowym aniołem. Ale rzeczywiście, tej empatii sporo brakuje w służbie zdrowia. Nie wiem z czego to wynika? Tych czynników zapewne jest wiele. W stacji dializ jest też trochę inaczej niż na oddziale szpitalnym. U nas łatwiej można nawiązać więzi. Ale też ostatnio jeden pacjent opowiedział mi historię, gdy pojechał na usunięcie wrośniętego cewnika i był zachwycony, bo sam ordynator oddziału kardiochirurgii wziął go na wózek, zawiózł na blok operacyjny i wyjął cewnik. Ordynator nie czekał z założonymi rękawiczkami, by mu przywieziono pacjenta. I ten w zasadzie tylko o tym po zabiegu pamiętał. Nie mówił, czy dobrze poszło, czy go bolało, tylko ciągle powtarzał, że ordynator zawiózł go na blok. Mały gest, a jak dużo dobrego zrobił.

To jest dobry wstęp do kolejnego pytania, bo Pan też jest kierownikiem i to w dwóch stacjach. A pytanie brzmi: Jakie cechy (etyczne) powinien mieć lider? 

I to jest bardzo ciekawe zagadnienie, o którym pewnie można by długo dyskutować. W przypadku lekarzy: kształcimy się na studiach, specjalizacjach, stażach itd. I nas się uczy różnych procedur medycznych, ale nikt nas nie uczy jak być liderem. Może, gdy ktoś skończy studia MBA, to nabywa tę wiedzę. Ale to niewielu z nas. A ordynatorem czy kierownikiem placówki zostaje jednak lekarz, który w niej pracuje, najczęściej wiele lat. I taki lekarz może być wspaniałym ekspertem w swojej dziedzinie, ale jeśli chodzi o „menedżerowanie” może być przecież tragiczny. Bo z tym jest trochę jak z nauką śpiewania. Można mieć wrodzony talent, można być samoukiem i śpiewać fajnie, ale można się też tego śpiewania nauczyć. Przecież ludzie zarządzanie normalnie studiują, a my w służbie zdrowia zostajemy tymi menedżerami nagle. Musimy być w tym samoukami. I niektórzy mają do tego dryg, część osób potrzebuje jednak „lekcji śpiewu”. Mnie się wydaje, znowu, że aby być dobrym liderem, trzeba być najpierw dobrym człowiekiem <śmiech>. Od tego trzeba zacząć.

Tak, a z drugiej strony bycie obecnie menadżerem, to już nie tylko bycie dobrym człowiekiem, ale też „ogarnianie” finansów, wydatków, decyzje na co przeznaczyć zasoby, czas, etc …

Tak, i do tego trzeba mieć różnorodną wiedzę. Jak kierować zespołem ludzkim? Jak rozwiązywać konflikty? Jak się komunikować z zespołem? Moim zdaniem to wszystko jest do nauczenia i tu może taki mój apel do DaVita, by tego typu szkoleń było więcej. Konkretne techniki, sposoby, zasady zarządzania, bo to już ogromna nauka.

A jeśli chodzi o inne kwestie, to wydaje mi się, że podstawą jest bezwzględny szacunek dla wszystkich w zespole, niezależnie od tego, kto jaką rolę pełni. Czy to jest lekarz, czy pani salowa – szacunek jest nieodzowny. Druga rzecz bardzo istotna – umiejętność słuchania. Słyszeć to, co zespół mówi, szanować jego każdą uwagę. Umieć też za nie podziękować. Jako trzecią wskazałbym umiejętność zachowania spokoju, szczególnie, gdy pracujemy w służbie zdrowia a tu przypadków stresujących czy nagłych może być bardzo dużo. Jeżeli lider traci spokój, to traci zaufanie swoich współpracowników. Obserwowałem to pracując w pogotowiu ratunkowym. Dobry lider powinien też być decyzyjny. To nie znaczy, że zawsze on musi wymyślić rozwiązanie, ale to on powinien wskazać ostateczny kierunek działań, szczególnie w sytuacjach kryzysowych. No i na koniec: dobry menedżer powinien „gasić pożary”, a nie je wzniecać.

No właśnie, a z tym to bywa różnie.

<śmiech> No tak, niestety tak czasem się zdarza.

I w taki oto sposób przechodzimy do pytania najcięższego kalibru, czyli co dla Pana oznacza bycie przyzwoitym lekarzem w dzisiejszych czasach? 

O, to już parę kwestii w tym temacie poruszyliśmy. Podtrzymuję je i nie będę powtarzał. Może tylko dodam, że bez względu na realia/czasy, czy żyjemy dzisiaj, czy będziemy żyć za 100 lat, to zawsze warto być przyzwoitym. Warto być zawsze, choć nie zawsze się to opłaca – jak mawiał prof. Władysław Bartoszewski <śmiech>.

Natomiast skupiając się na teraźniejszości, to chciałbym dodać dwie kwestie. Żyjemy w czasach zalewu informacyjnego i upadku autorytetów. Czytamy różne „teorie”, które szerzą się po internecie jak zaraza i dla przykładu już „wiemy”, że istnieje lekarstwo na raka, ale „big farma” trzyma je tajemnicy, by móc nieustannie zarabiać. I czasami zarażają się tymi szkodliwym pseudonaukowymi teoriami nawet lekarze. To znaczy, nasza grupa powinna się opierać na nauce, a zdarzają się przypadki, że jakiś były lekarz publicznie głosi, iż witamina D jest „dobra na wszystko”. Owszem ma wielorakie zastosowanie, ale to nie oznacza, że można jej aplikować po 25 tys. jednostek dziennie, jak chce taki „znawca”, bo to jest sprzeczne z nauką.

A druga pułapka, która może czyhać na lekarzy, ma charakter materialny. Czyli wracam tutaj do tych kwestii różnych współprac, które wyżej poruszaliśmy. Musimy zachować czujność, by naszej godności i przyzwoitości lekarskiej nie sprzedać za garść srebrników.

To pułapki naszych czasów. Ale w sumie remedium na nie też można znaleźć w KEL, bo te zasady wydają się mieć charakter uniwersalny.

I ostatnie pytanie. Panie doktorze, czy nagroda „Lekarza Roku DaVita 2025” zmieniła sposób, w jaki patrzy Pan na swoją odpowiedzialność wobec środowiska medycznego DaVita? Chociaż to może za dużo powiedziane, ale może – na odpowiedzialność wśród pana zespołów? 

I tak i nie <śmiech>.

Zawsze staram się wykonywać moją pracę odpowiedzialnie. Niezależnie od nagród. Więc w tym sensie nic się nie zmieniło.

Ale miła jest świadomość, że taki tytuł przyznali moi koledzy, więc chyba dostrzegli te starania. I w tym miejscu można by się zatrzymać, bo skoro przyznali nagrodę, to uznali, że robiłem coś dobrze. Ale idąc dalej – odczuwam to jako duże zobowiązanie. To nie pozwala spocząć na laurach. Nie mogę teraz mniej, nie mogę gorzej <śmiech>. Z jednej strony to komunikat: robisz coś dobrze/dobrze nam się z Tobą pracuje, z drugiej – nie mogę teraz rozczarować tych wszystkich, którzy oddali na mnie swój głos. Ale jest to bardzo pozytywne uczucie. Mobilizujące.

Panie doktorze, to już wszystkie pytania. Bardzo dziękuję, że poświęcił Pan nam swój czas i podzielił swoimi przemyśleniami.

Dziękuję za rozmowę, nie było tak strasznie jak się spodziewałem <śmiech>.

***

[BIOGRAM DOKTORA JAROSŁAWA MAŁKIEWICZA]

Studia medyczne ukończył w 2001 r. na Uniwersytecie Medycznym w Lublinie. Od tamtej pory zawodowo i rodzinnie związany jest z tym miastem. W latach 2003-2008 ukończył studia doktoranckie w Katedrze Epidemiologii, a w Klinice Endokrynologii Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego nr 4 w Lublinie ukończył specjalizację z chorób wewnętrznych. Od 2009 r. pracuje w stacjach dializ, a w 2013 r. zdał egzamin specjalizacyjny z nefrologii. W trakcie pracy jako lekarz poznał działanie oddziału nefrologii, szpitalnego oddziału ratunkowego, wiele lat pracował też w pogotowiu ratunkowym, czy pełnił funkcję dyrektora medycznego jednej z lubelskich stacji dializ. Wolny czas stara się jak najintensywniej wypełnić sportem i aktywnością fizyczną. Od lat regularnie biega – do tej pory ukończył 7 maratonów. Ostatnie kilka lat amatorsko, ale intensywnie, uprawia także kolarstwo szosowe i stara się połączyć to z podróżami zwiedzając różne zakątki Polski i świata na rowerze.
W chwilach regeneracji po pracy czy po treningach lubi słuchać muzyki: mocnego rocka, bluesa, jazzu, czasem pójść na koncert.

Więcej informacji: Szymon Mazur i Jarosław Małkiewicz

#DaVitaWay
#doskonałość usług #spójność słów i czynów #zespołowość #nieustanny rozwój #odpowiedzialność #satysfakcja #radość

#davitaway
#doskonałość usług
#nieustanny rozwój
#odpowiedzialność
#radość
#satysfakcja
#spójność słów i czynów
#zespołowość
Poprzedni artykuł Następny artykuł

Dodaj komentarz

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb.
Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w urządzeniu końcowym. Zmiany ustawień dotyczących cookies można dokonać w każdym czasie. Więcej szczegółów w Polityce prywatności.