Weterynaria, czyli przedsmak prywatyzacji leczenia
Kiedy człowiek trafia w Polsce na SOR, zazwyczaj nie zaczyna rozmowy od pytania, ile będzie kosztować diagnostyka, leki czy zabieg. Przy chorym zwierzęciu sytuacja wygląda inaczej. Lekarz może mieć do dyspozycji tomografię, zaawansowaną chirurgię czy intensywną terapię, ale za wykorzystanie tych możliwości ktoś musi zapłacić bezpośrednio. Najczęściej jest to opiekun zwierzęcia. Weterynaria nie jest prostą odpowiedzią na pytanie, jak wyglądałaby całkowicie prywatna ochrona zdrowia ludzi. Pokazuje jednak bardzo wyraźnie napięcia, które pojawiają się wtedy, gdy między pacjentem a kosztem leczenia nie stoi publiczny płatnik.

Weterynaria w Polsce przed wolnym rynkiem
Twierdzenie, że charytatywne gabinety psują rynek i stanowią konkurencję dla innych lecznic, ma takie podstawy, jak założenie, że noclegownie dla osób w kryzysie bezdomności czy jadłodajnie dla ubogich są konkurencją dla hoteli i restauracji – mówi Magdalena Manijak, członkini zarządu Vet-Alert i lekarki weterynarii
Jeszcze kilkadziesiąt lat temu polska weterynaria funkcjonowała według zupełnie innych zasad niż dzisiaj. W okresie powojennym lecznictwo weterynaryjne zostało upaństwowione i podporządkowane przede wszystkim potrzebom rolnictwa. Państwowe zakłady lecznicze zajmowały się zwierzętami w gospodarstwach indywidualnych, państwowych i spółdzielczych, a lekarz weterynarii był częścią rozbudowanego państwowego systemu. Przełom przyniosła transformacja ustrojowa. Ustawa z 21 grudnia 1990 roku na nowo uregulowała wykonywanie zawodu, a na początku lat 90. rozpoczęła się prywatyzacja lecznictwa weterynaryjnego. Państwo nie wycofało się z weterynarii całkowicie. Nadal odpowiada między innymi za zwalczanie chorób zakaźnych czy bezpieczeństwo żywności, ale leczenie psa albo kota stało się przede wszystkim usługą świadczoną na rynku.
Dzisiaj gabinet, przychodnię czy klinikę może prowadzić osoba fizyczna, osoba prawna albo jednostka organizacyjna, a placówka musi znaleźć się w ewidencji prowadzonej przez właściwą izbę lekarsko-weterynaryjną. Jest też druga zasada, szczególnie interesująca z perspektywy leczenia ludzi. Ustawa wprost nakłada na posiadacza zwierzęcia obowiązek pokrycia kosztów jego profilaktyki i leczenia, o ile inne przepisy nie stanowią inaczej. Nie ma tu odpowiednika NFZ, który oddzielałby moment korzystania z pomocy medycznej od momentu płacenia za nią. Kiedy zwierzę potrzebuje diagnostyki, operacji lub hospitalizacji, rachunek trafia bezpośrednio do jego opiekuna. Wraz z rozwojem możliwości współczesnej weterynarii rośnie więc również znaczenie pytania, na jakie leczenie właściciela właściwie stać.
Jak mocno rynkowa logika wrosła w polski system, pokazuje historia Fundacji Vet-Alert. Przez kilka lat prowadziła ona gabinet, w którym pomagała zwierzętom osób znajdujących się w trudnej sytuacji finansowej, nie traktując tej działalności jako przedsięwzięcia nastawionego na zysk. W 2023 roku Zachodniopomorska Izba Lekarsko-Weterynaryjna wykreśliła placówkę z ewidencji. Sednem sporu stało się pytanie, czy zakład leczniczy dla zwierząt może prowadzić podmiot, który nie jest przedsiębiorcą. Wojewódzki Sąd Administracyjny przyznał rację samorządowi weterynaryjnemu, ale 16 stycznia 2026 roku Naczelny Sąd Administracyjny uchylił ten wyrok i nakazał ponowne rozpoznanie sprawy. Nie przesądził więc jeszcze, kto ma rację. Spór o charytatywny gabinet odsłonił za to paradoks systemu, w którym dostęp do leczenia zwierząt zależy przede wszystkim od prywatnych środków ich właścicieli, a próba stworzenia alternatywy dla tych, których na nie nie stać, sama stała się przedmiotem wieloletniej batalii prawnej.
Monika Richardson i 1852 zł za psa, którego nie udało się uratować
Piszę to do wszystkich tych, którym jeszcze się wydawało, że weterynaria w tym kraju to jeszcze zawód z powołania. Otwórzcie oczy: chodzi o kasę!! Ci ludzie są gotowi przyjść pod mój dom. To zorganizowana szajka, która nie cofnie się przed niczym – stwierdziła Monika Richardson, Instagram
22 lipca 2025 roku Monika Richardson poinformowała w mediach społecznościowych o śmierci swojego psa Paco. Dwuletni spaniel miał wcześniej połknąć fragment gumowej zabawki, a po pogorszeniu stanu zdrowia trafił do warszawskiej kliniki Veterio, gdzie mimo reanimacji zmarł. Pod wpisem pojawiły się słowa współczucia, ale również pytania o miejsce, w którym leczono psa. Trzy dni później Richardson podała nazwę kliniki, nazwisko jej dyrektora i opublikowała rachunek na 1852 zł za ostatnie godziny życia Paco.
Zostawiam więc tutaj nazwę kliniki i nazwisko jej dyrektora, a także rachunek, który musiałam zapłacić za cztery ostatnie godziny życia Paco. Wiecie, ja się nie znam oczywiście, ale wydaje mi się, że czegoś tutaj zabrakło. Jakiejś elementarnej przyzwoitości, odrobiny empatii. Mam wrażenie, że coś się zepsuło podczas zamiany pacjenta na klienta, a opisu leczenia na ‘raport sprzedaży’.
Reakcja części internautów i środowiska weterynaryjnego była bardzo ostra. W kolejnym wpisie z 27 lipca dziennikarka odpowiadała już nie tylko klinice, ale również swoim krytykom. Pisała o kampanii trollingu, lobby biznesu weterynaryjnego i przekonywała, że w tej branży chodzi przede wszystkim o pieniądze.
Do sporu włączyła się Krajowa Izba Lekarsko-Weterynaryjna. W oficjalnym oświadczeniu zaznaczyła, że rozumie ból związany z utratą zwierzęcia i odcina się od obraźliwych komentarzy kierowanych pod adresem Richardson, jednocześnie stanowczo sprzeciwiła się uogólnieniom dotyczącym całej grupy zawodowej. Izba zwracała uwagę na stres towarzyszący pracy lekarzy, szczególnie w całodobowych klinikach, oraz na narastający problem hejtu wobec weterynarzy. Konflikt jednak nie wygasł. KILW zażądała usunięcia części publikacji i przeprosin, a gdy ich nie otrzymała, 23 września 2025 roku skierowała sprawę do sądu. W późniejszym oświadczeniu podkreślała, że zawsze opowiada się za otwartym i konstruktywnym dialogiem, ale nie może pozostać obojętna wobec „niesprawiedliwego szkalowania środowiska”. To właśnie pozew pozostaje ostatnim szeroko opisywanym publicznie etapem konfliktu.
Łatwo wskazać, że rachunek wystawiony przez klinikę obejmował pracę lekarzy, hospitalizację, leki, specjalistyczne wyposażenie i próbę ratowania życia, niezależnie od jej rezultatu. Tak argumentowała również sama klinika, a po jej stronie stanęło wielu przedstawicieli środowiska weterynaryjnego. Trudniej zignorować drugą stronę tego konfliktu. Dla człowieka, który właśnie stracił zwierzę albo słyszy, że może je uratować za kwotę przekraczającą jego możliwości, granica między pacjentem a klientem przestaje być abstrakcyjną dyskusją. Weterynaria może być zawodem wykonywanym z misją i jednocześnie działać w systemie, w którym za tę pomoc ktoś musi zapłacić bezpośrednio. Nie ma publicznego funduszu przejmującego większość kosztów leczenia, dlatego rachunek staje się częścią relacji między lekarzem a opiekunem. W żałobie albo pod presją finansową łatwo więc oceniać intencje człowieka, który go wystawia, choć cena leczenia nie mówi jeszcze nic o jego empatii. Jednocześnie sama idea pomocy zderza się tu z brutalnym ograniczeniem. Możliwości współczesnej medycyny weterynaryjnej mogą być większe niż możliwości finansowe właściciela zwierzęcia.
Leczyć czy pytać o pieniądze? Kuba Letek o weterynarii od środka
Noc. Kolejny dyżur. Ktoś przybiega z psem na rękach. Wstrząs. Krew. Panika. I zdanie, które rozcina powietrze. Nie mam pieniędzy, ale proszę, ratujcie. Czy ratujesz, czy pytasz o koszt? W tych chwilach wszystko się miesza. Empatia, rozsądek, etyka zawodowa i brutalna rzeczywistość. Bo weterynarz to nie państwowy ratownik. To nie dyżur opłacany z budżetu. To często jednoosobowa działalność bez wsparcia i bez systemu. Czy to normalne, że interwencyjna pomoc zwierzęciu zależy od tego, czy lekarz danego dnia da radę pokryć koszty z własnej kieszeni? – Kuba Letek, twórca projektu Weterynaria: Instrukcja przetrwania (rolka, 25.09.2025)
Kuba Letek jest lekarzem weterynarii, chirurgiem i ortopedą. Zaczynał między innymi jako właściciel kliniki ratunkowej w Polsce, a od kilku lat kieruje oddziałem chirurgii i ortopedii w dużym szpitalu referencyjnym w Skandynawii. Jest też twórcą projektu Weterynaria: Instrukcja Przetrwania, w którym próbuje przede wszystkim budować porozumienie między lekarzami a opiekunami zwierząt. Tłumaczy medyczne decyzje, mówi o eutanazji, poczuciu winy, kosztach czy ograniczeniach leczenia i pokazuje realia pracy lekarza, które dla właściciela zwierzęcia często pozostają niewidoczne. Sam określa swój projekt jako próbę stworzenia języka do trudnych rozmów i podejmowania decyzji opartych nie tylko na emocjach, ale też wiedzy medycznej.
Jednym z tematów, do których Letek regularnie wraca, są pieniądze. Zwraca uwagę, że leczenie zwierząt drożeje także dlatego, że sama weterynaria bardzo szybko się rozwija. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu możliwości diagnostyczne gabinetu kończyły się znacznie wcześniej. Dzisiaj dostępne są tomografia, rezonans, zaawansowane badania laboratoryjne, intensywna terapia czy skomplikowane zabiegi chirurgiczne. Sprzęt i personel kosztują jednak podobnie jak w medycynie ludzi, choć skala jego wykorzystania może być zupełnie inna. Letek podaje przykład tomografu, który w placówce dla ludzi może pracować przez 8–12 godzin dziennie, podczas gdy w klinice weterynaryjnej wykonuje się na nim kilka badań zwierząt, często wymagających dodatkowo sedacji lub znieczulenia. Koszt urządzenia, obsługi i utrzymania trzeba więc rozłożyć na znacznie mniejszą liczbę pacjentów. Jednocześnie nie każde zwierzę musi być leczone według najdroższego możliwego wariantu. Letek popularyzuje podejście określane jako Spectrum of Care, czyli dopasowanie diagnostyki i terapii do stanu zwierzęcia oraz realnych możliwości jego opiekuna. Tańsza ścieżka może oznaczać mniej badań lub inne leczenie, ale nie musi oznaczać rezygnacji z pomocy.
Historia Fundacji Vet-Alert, rachunek Moniki Richardson i wypowiedzi Letka pokazują więc trzy strony tego samego problemu. Zwierzę pozostaje pacjentem, lecz jego opiekun jest jednocześnie osobą, która otrzymuje rachunek. Lekarz może chcieć wykorzystać wszystkie możliwości współczesnej medycyny, ale placówka musi opłacić personel, leki, sprzęt i dyżury. Z kolei właściciel może być gotowy zrobić wszystko dla zwierzęcia, dopóki nie usłyszy ceny przekraczającej jego możliwości.
Brak publicznego płatnika nie sprawia, że medycyna staje się tańsza. Sprawia przede wszystkim, że jej koszt staje się widoczny natychmiast i trafia bezpośrednio między lekarza a opiekuna. Weterynaria nie daje więc prostej odpowiedzi na pytanie, czy prywatne leczenie jest lepsze lub gorsze. Pokazuje za to bardzo wyraźnie, co dzieje się, gdy możliwości medycyny rosną szybciej niż system, który miałby zagwarantować dostęp do nich niezależnie od zasobności portfela.
Jakoś(ć)”: “ć” robi różnicę”. Artykuł prezentujemy Ci w ramach cyklu, w którym przedstawiamy funkcjonowanie systemów jakości w różnych dziedzinach życia, szczególnie w medycynie.
Dodaj komentarz
Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.
Nie lubię dyskusji bazujących na emocjach i dotykających kontrowersyjnych tematów. I sporadycznie w nich uczestniczę. Ale …. Należy pamietać, że zwierzę (dla niektórych członek rodziny) to odpowiedzialność. Odpowiedzialność za jego zdrowie i życie. Oczywiście niewielu właścicieli bierze pod uwagę ewentualne koszty leczenia, diagnostyki albo specjalistycznych karm – a coraz częściej zwierzęta mają problemy (może to efekt istnienia pseudohodowli?). Zwykłe szczepienie kota przeciwko wściekliżnie około 100zł. Diagnostyka FELV i FIV i szczepienie ponad 700zł w zeszłym roku. Sterylizacja/kastracja ileś set złotych – robi się to tylko raz. Są przecież ubezpieczenia dla zwierząt na wypadek choroby, drobnym drukiem jest w nich wyszczególnione, czego nie obejmują, ale to taki urok ubezpieczeń. A co do “bohaterki” tej sytuacji, to myślę, że zniknęła z social mediów i to zdarzenie (bolesne) dało jej możliwość “zaistnienia” i wywołania dyskusji pełnej oskarżeń – bo nie wiedzą ile brać, bo zdziercy itd. Od ponad roku jesteśmy zaangażowani (na ile czas pozwoli) w pomoc wolontariatowi przy schronisku dla psów – koszty karm (nie tych najtańszych), podstawowej opieki weterynaryjnej (szczepienia, odrobaczanie, ochrona przed kleszczami) są ogromne. Zadrza się, że psiak musi być w hoteliku – miesiąc 700zł, a jest ich kilkanaście w tym samym czasie. Operacja psiego kolana 6000zł – zrzutka.pl i jakoś sie uzbiera.
A co do medycyny “ludzkiej” – bardzo drogiej i nowoczesnej, nikt na razie nie dotknie finansowania świadczeń z budżetu. Co chwilę są jakieś wybory i trzeba coś obiecać żeby wygrać. Może na każdym wyniku badań, karcie informacyjnej powinna być informacją ile to kosztowało? Chociaż na większości i tak nie zrobi to wrażenia.
Odniesienia do terapii “ludzkiej” wskazuja na brak dokładnego rozeznania w systemach finansowania opieki zdrowotnej w innych krajach. Brak powszechnego , obejmującego wszystkich społecznego ubezpieczenia zdrowotnego nie jest całkowitą klęską . Oprócz bowiem NFZ-tu ,NHS etc. istnieją inne formy zabezpieczeń takie jak : UBEZPIECZENIA DODATKOWE, ZAKŁADOWE -PAKIETY ZDROWOTNE etc. etc .. Istnieją tez systemy mieszane kasowo-budżetowe. W Polsce te formy dopiero nieśmiało jednak konsekwentnie wkraczają w życie. Naj bardziej na przeszkodzie stała i stoi zasada równości i sprawiedliwości społecznej co dziwne najbardziej lansowana przez … prawicę.